- Brak komentarzy

Karnawał w Trynidadzie! (C)



Z Hawany wydostaliśmy się taxi colectivo. Usiadłem obok kierowcy, Franek za mną. Kilka ulic dalej dosiadła się jakaś para.
- Skąd jesteście? - zagadałem jak gospodarz na pokładzie taryfy.
- Z "ćije" - odpowiedział młody.
O kurcze, co to może być? Zebrałem pod czachą do kupy moją skąpą znajomość hiszpańskiego. Aaaa! Z Chile... 
Parka jechała do Trynidadu na karnawał. Impreza miała trwać podobno kilka dni. Pożałowałem od razu, że zdecydowaliśmy się przed Trynidadem na dwa dni w Playa Boca.



Dwa dni później zrzucaliśmy nasze walizki u hosta przy głównej ulicy w Trynidadzie.
- Tak, tak karnawał jeszcze trwa, dzisiaj w nocy przejdzie pod naszym domem - zapewniał Bambini.



Zdziwiłem się trochę, że karnawał trwa pod koniec czerwca. Ale nie będę rozpaczał, gdy nadarza się taka okazja. Okazało się, że cały Trynidad obchodzi akurat swoje święto. Za dnia jedna z ulic staje się wielkim kramem. Na straganach za śmieszne dla nas pieniądze można kupić przysmaki wyprodukowane przez rodzących się drobnych kapitalistów: małe picce, kanapki, pieczone i tłuczone mięso ze świni, panierowane udka z kurczaka, z wielkich ciężarówek nabyć można "piwo narodowe",



Zdążyłem jeszcze zaliczyć imprezę na schodach w centralnym punkcie starego Trynidadu. Wieczorem występują tu zespoły z kubańską muzyką. Stałem pod słupem pod Casa de la Musica i sączyłem drinki, mohito, cuba libre i lokalny z soku z trzciny cukrowej.



O jedenastej wieczorem ciągle nie widziałem karnawału. Czyżby hostowi się coś pokręciło? Usiadłem na łóżku w naszej casie. Alkohol trochę mnie zmęczył. już prawie zasypiałem, gdy z oddali usłyszałem huk i stłumione jeszcze dźwięki trąbki. Hurra, będzie się działo!



Stałem na tarasie naszej casy, a pod moim nosem zaczął przechodzić barwny korowód. Ogłupiałem. Nie wiedziałem, czy mam filmować, robić zdjęcia, czy też tylko obserwować i upajać się muzyką i widokiem przebranych kolorowo ludzi. Czasami warto odłożyć aparat na bok, bo patrzenie w wizjer przeszkadza w rejestrowaniu otaczającej cię rzeczywistości.



Aparat jednak zwyciężył. Ustawiłem wysokie ISO, bodajże 3200 i zlałem się z tłumem gapiów, którzy pojawili się na chodnikach z ciemnych uliczek Trynidadu.



A czasami wdzierałem się pomiędzy uczestników korowodu. Tancerze chętnie pozowali, a ja chętnie im robiłem zdjęcia.



Fajnie ubrane dziewczyny, widać, że w przyszykowanie kostiumów włożyły mnóstwo pracy. Z komunistycznej rzeczywistości musiały wydobyć przeciętnej jakości materiały, ale efekty był powalający.



Przez kilka dni karnawału korowód zaczynał swój przemarsz w innej części Trynidadu. Kończył w centrum, gdzie na wielkim placu odbywał się koncert współczesnej muzyki kubańskiej, żadnej tam folkowej salsy, czy innego typu muzyki charakterystycznej dla Casa de la Musica.



Biegałem z aparatem, przeciskałem się przez tłum, ludzi powoli byli już podpici, wszędzie walały się plastiki po piwie narodowym, nie czułem jednak jakiegoś zagrożenia, jak to bywa na takich imprezach masowych. Może moje odczucie było fałszywe? No ale nic się mi nie stało, a zwłaszcza mojemu aparacikowi.





0 komentarze: