- Brak komentarzy

Trynidad mniej znany (C)


Trynidad jest piękny. Piszę to bez żadnych wątpliwości. Kolorowe domki, kocie łby na ulicach, kable oplatające słupy i przyłącza. Ludzie żyjący wprost na ulicy.



Ich prywatne życie tak naprawdę jest pół publiczne. Telewizory wpychają mieszkańców w zacienione pokoje. Okna bez szyb dają przewiew, a wiatraki jeszcze go trochę wspomagają. Przez otwarte drzwi możesz podejrzeć lecącą akurat telenowelę.



Trynidad dzieli się na dwie części. Starą, postkolonialną, obleganą przez turystów.



Część druga jest współczesna, większa, powołana do życia przez socjalizm. Turyści tu nie zaglądają.



Blokowiska sprawiają ponure wrażenie.



Wystarczy wziąć rower i przejechać się po komunistycznych apartamentowcach. Dziwne czuć na sobie oczy setek mieszkańców zdziwionych, kto też pcha się na peryferia. Co tutaj można znaleźć ciekawego?



A to życie jest właśnie ciekawe. Nie zabytki, wypasione restauracje, grajkowie proszący o napiwek za kilka nutek salsy. Życie zwykłego człowieka warte jest naszej uwagi.



Ale po co? Żeby mieć dystans do swoich potrzeb po powrocie do kraju? Dla Franka, piętnastolatka, przejażdżka między blokami, jest nie tylko lekcją, jak wyglądał kiedyś ustrój w Polsce. Jest też dowodem, że można żyć bez telefonu, a bawić się można najlepiej z grupką kolegów.



Dzieciaki bawią się piłką, nożną lub do bejsbola. Dorośli wracają z pracy, wypływają z wnętrz ciężarówek. W podstawówce sam jeździłem takim pojazdem. Moja szkoła miała autobus i budę na kółkach, zwaną świniobusem. Tym ostatnim jeździła sąsiednia wieś. Czasami i mnie się zdarzyło nim jechać, gdy akurat mój autobus miał awarię. Wtedy to był największy obciach.


0 komentarze: