- Brak komentarzy

Santeria w Hawanie (C)


Słyszałem, że Kubańczycy kultywują religię przodków. Ale nie przypuszczałem nawet, że zobaczę ten obrzęd na własne oczy!

Tak króciutko: Hiszpanie od arabskich handlarzy kupowali niewolników z Czarnej Afryki. Statkami transportowali ich na kubańskie plantacje trzciny cukrowej. Siłą chrzcili i zakazywali pogańskich wierzeń. Oczywiście wychodził z tego miks afrykańskich i chrześcijańskich przesądów i zwyczajów. Stary bożek dostawał imię świętego i dalej pełnił swoją rolę. Eleggua, bóg domostw, zmienił się w świętego Antoniego z Padwy. Babalu Aye, bóg-uzdrowiciel, został świętym Łazarzem. Olorun, najwyższy z bogów, stworzył świat i pozostałych wszechmocnych.
Ale największą chyba rolę w santerii pełni Pan Bieli - Obatala. To taki Jezus i jego Matka w jednym. Jest w człowieku zawsze poprzez kości, które są oczywiście białe. Na ulicach Hawany często można spotkać ludzi ubranych na biało. Przechodzą właśnie oni wielomiesięczny obrzęd oczyszczania. Golą włosy, ubierają się tylko w białe stroje, nie mogą jeść określonych potraw, dotykać innych ludzi, a tym bardziej uprawiać seksu.
Któregoś wieczora wracałem z Frankiem ze starej Hawany do naszego mieszkania na ulicy San Francisco. Ulica San Miguel robiła się coraz ciemniejsza. Zmierzchało. Ludzie krzątali się wokół swoich domów. Turystów też już było coraz mniej, im bardziej oddalaliśmy się od centrum. 
W pewnym momencie usłyszałem dźwięk kilku bębnów. Rozejrzałem się pod domach. Echo zmyliło zmysł słuchu. Hałas dochodził z jakiegoś mieszkania na pierwszym piętrze, zupełnie innego niż w pierwszej chwili się spodziewałem. Jakiś koleś siedzący na progu kamienicy zobaczył moje zainteresowanie.
- Koncert? - zapytałem miejscowego pokazując palcem źródło muzyki.
Facet jednocześnie uśmiechnął się i pokręcił przecząco głową. Wciągnął nas na klatkę schodową. Po wąskich, prostych schodach weszliśmy od razu na drugie piętro. W mieszkaniu był tłum ludzi. Czwórka mężczyzn siedziała przy otwartych oknach i waliła rytmicznie w bębny. Koleś ubrany na biało coś wyśpiewywał.
Po chwili wszystko ucichło. Przywitałem się z muzykami. Koleś w bieli przybił mi tylko żółwika. Gestami pokazał, że nie może inaczej się przywitać. Po hiszpańsku znam kilka słów. Gospodarze nie mówili w ogóle po angielsku. Klops. Kilka słów znała tylko jakaś kobieta, która mi i Frankowi wcisnęła na talerzu jakieś ciasta.
- Mamy święto! - z trudem wyjaśniła. Nie wiedziałem, czy mogę z nimi zostać. Wyczułem, że chyba tak, aczkolwiek dostrzegłem też pewne zakłopotanie, że nagle w ich domu wylądowała para Europejczyków. Koleś z dołu wyciągnął nas na próg mieszkania. Z torby wyjąłem buteleczkę rumu. Hawańczyk pokazał, co mamy robić. W usta wziął łyk alkoholu i kazał przed drzwiami prychnąć trzy razy zawartością ust. Potem pokazał czarną, gipsową figurkę ubraną w białe wdzianko, przed którą biały kapłan wznosił modło-śpiewy. Pod rzeźbę wetknięte były banknoty. Wyciągnąłem pięć euro i też wcisnąłem banknot, by ułaskawić bóstwo. Potem razem z naszym kolesiem padliśmy na kolana przed czymś w rogu pokoju. Wtedy zrobiło mi się gorąco. W kącie stał zakrwawiony pieniek, pod którym leżał kurczak z odrąbaną głową, a na górze stała jakaś kolejna lalka. Facet zaczął się modlić i robić znak krzyża. Powtarzaliśmy za nim tę czynność. 
Ceremonia już się kończyła. Muzycy zwinęli instrumenty. Gospodarze nakładali nam jeszcze jakieś potrawy na talerze. Kusiło mnie, żeby wyciągnąć aparat i robić zdjęcia. Ale nie zrobiłem tego. Nie chciałem przekroczyć pewnej granicy, kruchej intymności, którą już nadszarpnęliśmy naszym pojawieniem się.


0 komentarze: