- Brak komentarzy

Hvar i Sveta Njedelja (HR)


Hvar wygląda jak rozciągnięty obleniec, długi na 70 kilometrów. Wylądowaliśmy w Sućuraju, na wschodnim krańcu otoku. Zmierzaliśmy do stolicy leżącej na przeciwległym krańcu robaka. Droga wiła się małymi zakręcikami, płaskawo, widokowo nieszczególnie. Sama stolica była też taka se, głównie ze względu na upał i tabuny podobnych do nas turystów.


Wybraliśmy więc inną lokalizację. Sveta Njedelja. Z miasta Hvar to niecałe 20 km, ale po drodze jest szutrówka, z pewnością malownicza trasa, ale bałem się tamtędy przejechać po nieszczęsnej przygodzie w Albanii (LINK). Pojechaliśmy naokoło. Między Starim Gradem a Jelsą odbiliśmy w bok. Chwilkę poczekaliśmy przed wjazdem do tunelu. Jeszcze kilometr w wąskim, obszarpanym skałami, ciemnym jak dupa przecisku i już byliśmy na południowej stronie wyspy. Po kilkunastu kiloskach dojechaliśmy do Njedelji. Z Hvaru zrobiliśmy w sumie 40 kilometrów.


Śveta Njedelja to koniec świata. Droga asfaltowa się kończy, a ścieżka na nabrzeżu prowadzi do punktu widokowego, skąd amerykańscy śmiałkowie skakali kilkanaście metrów w dół do lazurowej wody.


Nigdy w życiu nie skoczyłbym do morza! Jestem tchórzem, unikam ryzyka i zabaw w wesołych miasteczkach. Ale coś mnie jednak kusiło. Na razie tylko złożyłem sam sobie obietnicę, że kiedyś tu przyjadę, na kilka dni, i zacznę skakać ze skał. Najpierw z metra, potem półtora, potem dwa i tak stopniowo dojdę do barierek na cypelku.


Amerykanie wyglądali na szczęśliwych w momencie wynurzenia. Wyrzut adrenaliny musi być wysoki, dla niego warto ryzykować zderzenie z taflą wody.


Sveta Njedelja to spokojna osada. Robią tutaj pyszne wino, ale o tym w innym poście.






0 komentarze: