- Brak komentarzy

Gwałtowny koniec hostelu w Tbilisi (GEO)


   Siedzieliśmy z Raminem w jego rodzinnym domu. Jesień wchodziła pod drzwiami. Było wilgotno i zimno. Wino nie dodawało temperatury. Ubrałem dodatkowy sweter. Zuzia miała drugi polar. Całe szczęście, że Adelka już spała i nie skarżyła się na chłód. Dzielna dziewczynka. Miała ledwo półtora roku, ale była już zaprawiona wyjazdami. Mając cztery miesiące przemierzała już z nami oblepioną komarami pusztę. Jako sześciomiesięczny dzieciak paradowała w wózku po Stambule. Miejmy nadzieję, że teraz już spała na noc.
   Ramin pochodził z małej wioski pod Sighnaghi. Co jakiś czas przyjeżdżał do domu, w którym pozostał jego przeszło dziewięćdziesięcioletni ojciec. Staruszek leżał w łóżku. Na codzień doglądała go sąsiadka. Niemoc w tak młodym wieku była niezgodna z rodzinną tradycją. Dziadek Ramina do końca swoich wiosen, a miał ich 110, chodził i palił jak parowóz.
   Wino zaczynało szumieć. Gospodarz zniknął gdzieś w ciemniejszej części domu. Wrócił z magazynkiem od kałasznikowa.  


- Wojna jest paskudna – mężczyzna z łzami w oczach wspominał wydarzenia w z lat 90-tych, kiedy Gruzini musieli walczyć o wolność odradzającego się kraju. - Też strzelałem. Była w nas euforia!
Ramin przeszedł załamanie, kiedy podczas jednej z potyczek śmiertelnie ranny został jego najbliższy przyjaciel. - Wiecie co to znaczy trzymać na rękach umierającego kolegę?
   Na drugi dzień wróciliśmy do Tbilisi.
   Ramin prowadził hostel w centrum miasta, sto metrów w górę od głównej ulicy Rustaveli, w pobliżu opery. W spółce pomagał mu Polak, który ściągał turystów z kraju nad Wisłą.

Cały dzień spędziliśmy w Mcchecie. Wróciliśmy umordowani jazdą w bujającej się na wszystkie strony marszrutce. W torbie miałem włochatą, białą czapkę ze skóry baraniej. Szliśmy od metra w stronę naszej uliczki.


   Nagle drogę zagrodziła nam policyjna taśma. Cała ulica była zamknięta! Wokół pełno policji i stacji telewizyjnych.
- Poczekajmy w knajpce, trzeba i tak coś zjeść – zaproponowałem Zuzi.
W kawiarni obsługiwała nas wystraszona kelnerka.
- Ubili parnia! - próbowała nam wytłumaczyć po rosyjsku, ale język ten młodym Gruzinom coraz słabiej wychodzi. Że co, jak? Zabili chłopka? Kto, jak, dlaczego?
   Ulica ciągle była zamknięta. Do hostelu poszliśmy dookoła.
   Z drzwi kamienicy wyszedł Ramin. Wyglądał jak chodzący manekin. Twarz miał pustą, oczy zapatrzone w dal. Minął nas, nie odpowiedział na powitanie, przeszedł obok i zniknął za rogiem.
Drzwi do hostelu były zamknięte. W środku jacyś ludzie zrywali plakaty ze ścian, a meble przesuwali na środek recepcji.  




- Nieczynne! - krzyknął jeden ze środka.
Co? Przecież my tu mieszkamy!
   Zauważył nas mężczyzna z sąsiedniej piekarni.
- To wy nic nie wiecie? Zabili syna Ramina! - facet mówił wyraźnie zadowolony, że może komuś coś opowiedzieć. Chłopak wyszedł kilka dni temu z więzienia. Miał coś wspólnego z zabójstwem innego młodzieńca. Jego ojciec poprzysiągł zemstę. Wynajął zbirów. Ci zaczaili się na młodego jak ten wychodził z domu do fajki. W ostatniej chwili chłopak zauważył oprawców. Zaczął uciekać. Ci dorwali go już na ulicy Rustaveliego. Tam dopadły go strzały.
   Nogi zrobiły się nam jak z waty. No dobrze, ale co z naszym lokum? Co z naszymi rzeczami? Telefon do Polaka. Pobyt opłacony w całości, w Tbilisi jeszcze dwie noce. Rodak za dużo nie pomógł.
- Znajdzie sobie coś innego do spania – rzucił przez telefon.
   Do kamienicy weszliśmy przez podwórze. Na dziedzińcu lamentowały jakieś kobiety. Łe, podła atmosfera. Z walizkami i śpiącym dzieciakiem znaleźliśmy się na ulicy. Sto metrów niżej był inny hostel. Całe szczęście miał wolne miejsca.
Po powrocie do Polski rzuciłem się na gugla. Znalazłem zdjęcia i filmy z całego zajścia. Na jednym z nich zobaczyłem ulicę, a nie niej Ramina trzymającego na rękach swojego umierającego syna.

0 komentarze: